|
Pokój Wam!
Zadomowiłem się w CALM. Czy to w czasie wakacji (czyli do końca stycznia), czy już w nowym roku szkolnym, przyjąłem jako moje główne zadanie pomagać wujkom w tym, co robią. Tak sobie bowiem wykombinowałem, że jako wolontariusz, jestem tutaj, aby wspierać całość projektu wychowawczego, pod nazwą Children and Life Mission. Jego bezpośrednimi wykonawcami są wujkowie, więc moja rola polega na byciu pomocą dla nich. Tam, gdzie mogę ich odciążyć lub im towarzyszyć, staram się to czynić. Zauważam też przy tym, że podział pracy, w którym każdy wykonuje swoje zadanie, może prowadzi do większej wydajności, ale z pewnością nie sprzyja czerpaniu radości z pracy. Jeśli ma się kogoś do pomocy, by pracować chociażby we dwójkę, od razu przychodzi zapał i wykonuje się obowiązki z większą lekkością, przyjemnością i radością. A to ważne, gdy za „przedmiot pracy” ma się ludzi, szczególnie dzieci. Trudno efektywnie spełniać rolę wychowawcy będąc zniechęconym i przygniecionym ciężarem obowiązków.
W ostatnim czasie byłem więc obecny przy różnych zadaniach, a głównie przy różnych elementach dnia chłopaków: nauce, pracach, zajęciach sportowych czy wspólnych modlitwach. Od pobudki do wysyłania spać. Swoją drogą, w tych dwóch ostatnich sprawach zauważam główne sukcesy mojej obecności w CALM. Po pierwsze bowiem razem z Paulem postanowiliśmy zmienić poranny program chłopaków i udało się nam to przeforsować (w dużej mierze metodą faktów dokonanych, ale co tam). Teraz pobudka jest o 6:00, nie ma nauki (która była według mnie farsą), a zamiast tego jest czas na przygotowanie się do szkoły i wspólne modlitwy tuż przed wyjściem, podczas których czytamy Ewangelię na każdy dzień. Natomiast co do czasu spoczynku nocnego, to w domu, w którym ja mieszkam i za który jestem odpowiedzialny, wprowadziłem pewien porządek i o 22:00 wszyscy chłopacy mają być w swoich łóżkach, bez krzyków i rozmów (co dotychczas było tylko teorią, a w rzeczywistości chłopacy chodzili spać o bardzo różnych porach). Generalnie życie w CALM stało dla mnie pod znakiem wykonywania swojej pracy. Dochodzę do wniosku, że można być w samym sercu niezwykłej dla nas Afryki, ale to wcale nie decyduje o niezwykłym życiu. Nie liczy się miejsce, ale to co się robi. Myślę, że moje życie nie różniłoby się bardzo od obecnego, gdybym wykonywał podobną pracę w jakimś domu dziecka w Polsce. To, że widzę koło siebie czarne, a nie białe twarze, niewiele zmienia. Tak samo jak to, że w naszym ogrodzie rosną banany, a nie jabłka. Można mówić, że tutaj spotykam się z ludźmi, którzy reprezentują zupełnie inną kulturę i to wprowadza element niezwykłości i nowości. Jednak ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie tylko Czarny Człowiek jest fascynującą zagadką, ale jest nią rzeczywiście Każdy Człowiek. Świadomość tego, że przebywam w odminnej kulturze, pozwala mi tylko łatwiej otworzyć się i zaakceptować „odmienności” ludzi, z którymi żyję. Jednak czy nie powinniśmy traktować w ten sposób nawet naszego sąsiada? A może przede wszystkim jego?
Namugongo – Uganda 8/03/2010 Tomasz Karczmarek MWDB (Wujek Tomeke)
|